wtorek, 24 grudnia 2013

... bez tytułu

Pomódlmy się w Noc Betlejemską,
w Noc Szczęśliwego Rozwiązania,
by wszystko się nam rozplątało,
węzły, konflikty, powikłania.

Oby się wszystkie trudne sprawy
porozkręcały jak supełki,
własne ambicje i urazy
zaczęły śmieszyć jak kukiełki.

Oby w nas paskudne jędze
pozamieniały się w owieczki,
a w oczach mądre łzy stanęły
jak na choince barwnej świeczki.

Niech anioł podrze każdy dramat
aż do rozdziału ostatniego, 
i niech nastraszy każdy smutek
tak jak goryla niemądrego.

Aby się wszystko uprościło-
było zwyczajne - proste sobie -
by szpak pstrokaty, zagrypiony
fikał koziołki nam na grobie.

Aby wątpiący się rozpłakał
na cud czekając w swej kolejce,
a Matka Boska - cichych, ufnych -
na zawsze wzięła w swoje ręce.


ks. Jan Twardowski

niedziela, 22 grudnia 2013

Boże Narodzenie w malarstwie

 Mam tradycyjne, trochę może dziecięco-naiwne wyobrażenie sceny narodzin Chrystusa. Jestem do tego na tyle przywiązana, że zaniepokoiły mnie pogłoski płynące chyba 2 lata temu od Benedykta XVI, że z tymi zwierzątkami przy żłobie to nie wiadomo do końca jak tam było. Ewangelia nie wspomina o nich, więc umiejscawianie ich w stajence ma inne znaczenie.
Poszukałam informacji jak temat narodzin Jezusa był pokazywany w ikonografii.
Początki malarstwa na ten temat sięgają VI w. i nawiązywały do kanonu wschodniego. Jako miejsce narodzin Jezusa przedstawiana była grota, co miało sugerować  rychłą śmierć Jezusa i złożenia Go w skalistym grobie.
Malowane były postaci wołu i osła, ale miały one charakter symboliczny - wół oznaczać miał Żydów a osioł pogan. Zwierzęta miały być też nawiązaniem do proroctwa Izajasza.
Ciekawe jest to, że Maryja przedstawiana była w pozycji leżacej, odwrócona tyłem do Jezusa. Nie pochyla się nad swoim narodzonym dzieckiem, nie okazuje gestów czułości, opiekunczości, jakich można by się spodziewać.
 Postać św. Józefa sytuowana była zupełnie z boku, jakby wyalienowana z tej sytuacji. Siedział z zafrasowaną miną (w końcu była to sytuacja dla niego trudna do pojęcia). Na pierwszych obrazach przedstawiających narodziny Jezusa pokazywana jest też postać diabła, odzianego w zwierzęce skóry, stojąca zawsze przy św. Józefie. Wyglada dość makabrycznie, nie pasuje do sielskiej scenki, jaką znam.
Ciekawą kwestią jest też przedstawianie kobiet, szykujących kąpiel dla Dzieciątka. Woda przygotowana jest w naczyniu o kształcie kielicha. Ma to sugerować los jaki czeka Jezusa - cierpienie, przelana krew. Zaskakujące jest pokazanie dwóch postaci Jezusa, jedna -  leżąca w żłobie i jednocześnie, na tym samym obrazie druga -  kąpana przez kobiety.
I jeszcze mozaika z Cappella Palatina w Palermo ok. 1150 r.


W XIV w. styl przedstawiania narodzi Jezusa zaczyna się zmieniać. Skalną grotę zastępuje szopa, znika postać diabła. Ale najważniejsza jest zmiana w postawie Marii i Józefa. Są pochyleni nad Dzieciątkiem, skupieni, mają złożone ręce. Widać na tych obrazach nastrój modlitwy i adorcji.
Robert Campin ok. 1425 r.
Mistrz Ołtarza z Trzeboni  Adoracja Dzieciątka Jezus , przed 1380 r.


A oto mój ulubiony Hieronim Bosch :


Prostota, ubóstwo, wół ogrzewający małego Jezusa swoim oddechem.

I bardziej współcześnie : Salvadore Dali

Świeta Bożego Narodzenia , 1946 r.
Paul Gauguin : Boże Narodzenie z akcentami Tahiti






I pozornie obrazobórczy obraz Eugeniusza Muchy, mający jednak głębszy sens ewangeliczny, podkreślający przeznaczenie z jakim Jezus się narodził.



Temat Bożego Narodzenia jest często poruszany w malarstwie, trudno wyczerpać go w jednym poście. Będę więc do niego jeszcze wracać, bo czas ku temu jest sprzyjający.








czwartek, 19 grudnia 2013

Andrzej Jagodziński Trio

Podczas pracy lubię słuchać radia, najczęściej jest to Trójka i Tok fm. Dziś w Tok fm mój ulubiony dziennikarz - Cezary Łasiczka zaprosił gości, których muzyka wlała miód do mojego serca. Byli to Andrzej Jagodziński i jego przyjaciele z Trio - Adam Cegielski (kontrabasista) i Czesław Bartkowski (perkusja). Panowie opowiadali o swojej wieloletniej współpracy, zgodności charakterów i upodobań muzycznych.  To co mówili o swojej muzyce znajduje odzwierciedlenie w ich graniu - aby wyrazić emocje, nie trzeba zasypać słuchacza kanonadą dźwięków. Z ich muzyki emanuje spokój, wyczuwa się, że każda nuta jest przemyślana i na swoim miejscu.
Posłuchajcie sami :





wtorek, 17 grudnia 2013

...aby do Świąt

Jak tu wstawać do pracy, gdy za oknem jest coś takiego...




Siąpi deszcz, tylko nieliczni sąsiedzi już się obudzili - tak sądzę po kilku małych światełkach w oknach.
Piję kawę i obmyślam menu na Święta, planuję porządki domowe (najgorsze dla mnie jest zawsze mycie okien). Nie lubię siedzenia w Święta za stołem i obżerania się, ale mimo wszystko coś dobrego trzeba przygotować, jakieś smakołyki , których na co dzień się nie jada. A tu jeszcze nie wszystkie prezenty kupione, jeszcze zebranie  u córki w szkole, ciasto na klasową Wigilię, no i wieczorem zdążyć do kościoła na rekolekcje. Uff !
Ozdoby choinkowe już kupione, bo w tym roku zmiana kolorystyki na fioletowo-srebrną . Dla mnie Święta zaczynają się, gdy jedziemy z mężem kupić choinkę. Lubię te coroczne dyskusje -jodła czy świerk, mniejsze drzewko czy większe - takie pod sufit...?
Śniegu zapewne jak zwykle nie będzie. Tęsknię za czasami, gdy z moją małą córeczką wypatrywałam na śniegu śladów kopytek reniferów Mikołaja. Teraz moje dziecko już za duże na takie żarty, a poza tym gdzie te ślady sań mają być, skoro śniegu nie ma  - chyba na błocie...
Ostatnie dwa lata spędzaliśmy Boże Narodzenie w górach, w Świętej Katarzynie (Świętokrzyskie). W tym roku zostajemy w domu, by nacieszyć się domowymi pieleszami i łonem rodziny:) . Chociaż przyznam, że trochę mnie ciągnie w góry... .

W wolnych chwilach czytam "Czas kukułczych gniazd" Zbigniewa Domino. Są to dalsze, powojenne losy bohaterów "Syberiady polskiej". Zabużanie są przesiedlani na tzw. ziemie odzyskane, próbują tam urządzać sobie życie na nowo - w domach zabranych Niemcom. Sybiracy dowiadują się o pogromach na Wołyniu, o banderowcach, o mordowaniu Polaków i Żydów. Na razie książka nie zachwyca mnie pod względem warsztatu literackiego, a losy bohaterów jakoś nie wciągają tak bardzo, jak w pierwszej części. Może dlatego, że czytam ją na raty, więc nie bardzo mogę się skupić na fabule. Więcej napiszę po przeczytaniu całości; może uda mi się dokończyć podczas wolnych dni świątecznych.

P.S. W ciągu dnia na szczęście wypogodziło się, w Łodzi pogoda taka bardziej wiosenna:).
Wieczorny widok z mojego tarasu wyglądał tak:



piątek, 29 listopada 2013

Mój sposób na listopadową (nie)pogodę.

Od szarych dni listopadowych, nocy, która zakrada się już po 16:00, gorszy jest tylko dzień 02 stycznia - no tego to już naprawdę nie cierpię!
Właściwie to chciałabym, żeby spadł już śnieg. Zrobiło by  się jaśniej, czyściej - jakoś tak świąteczniej. Ale moje wieloletnie doświadczenie podpowiada mi, że o tej porze roku śnieg nie utrzyma się długo. Zrobi się mokro, ciapaluchowato, brrr! Czyli jeszcze gorzej niż jest. 
Znalazłam sobie taką oto piosenkę w wykonaniu Doroty Osińskiej, która poprawia mi humor. Ustawiłam ja w komórce jako budzik, dzięki czemu rano wstaje się trochę łatwiej. Znacie takie piosenki, które "chodzą" za nami cały dzień? Ja tak mam właśnie z tą. Melodia pogodna, tekst optymistyczny - naprawdę można ją "łykać" zamiast Prozacu (patrz tekst piosenki).
                                       

    "Pogoda na jutro" sł. Magda Czapińska, muz. Wojciech Karolak


niedziela, 24 listopada 2013

Papusza

PATRZĘ TU, PATRZĘ TAM 
Bronisława Wajs, czyli Papusza  fot. Czesław Łuniewicz

(dikchaw daj, dikchaw doj)


Patrzę tu, patrzę tam –
wszystko się chwieje! Śmieje się świat!
Gwiazd zatrzęsienie nocą!
Gadają, mrugają, migocą.

Gwiazdy! Kto je rozumie,
ten nocą nie chce zasnąć,
na Mleczną Drogę spogląda jasną,
wie, że to droga szczęśliwa
że w dobre strony przyzywa.

Patrzę tu, patrzę tam –
jak się księżyc myje w ciepłych wodach,
niby w strumieniu pod lasem
Cyganeczka młoda.

Cóż to się dzieje
Wszystko się chwieje.
To świat się śmieje.

1951      przekład: Jerzy Ficowski

czwartek, 21 listopada 2013

myśli czarne jak gawrony...

Drzewo przed moim oknem codziennie wieczorem pokrywa się stadem gawronów.
Czarna zapowiedź nocy. Gdy zaczyna świtać, zrywają się całym stadem i odlatują do pobliskiego lasu. Lecą tak blisko mojego okna, że boję się, czy zahaczą skrzydłami. Wracają ok. 16.00 na nocleg, a rano to samo. Ten rytuał powtarza się codziennie od listopada do marca, a ja czuję, jak wraz z ich ponurym krakaniem zakradają się czarne, jesienne myśli...



W zwiędłym lesie jest ptaków wołanie,
wołanie bez powodu w zwiędłym lesie.
Lecz to okrągłe ptaków wołanie
spoczywa w chwili, co mu dała trwanie
wielkie jak niebo na zwiędłym lesie.
Posłusznie wszystko układa się w krzyk:
Krajobraz jakby leżał w jego dłoni, 
gwałtowny jakby przylegał do niej, 
a chwila, która chce z siebie wyjść, 
jest blada, niema, jakby znała ciszę
rzeczy, od których musi umrzeć każdy, 
kto z tego krzyku wyszedł.


R.M. Rilke Niepokój
Zdzisław Beksiński




                                                                                     

wtorek, 19 listopada 2013

Kościół w Jurgowie - szlakiem architektury drewnianej






 Jurgów to niewielka wieś,  położona tuż przy granicy ze Słowacją. Lubię  tam zaglądać,  gdy podróżuję po Podhalu. Oprócz pięknego kościoła, zabytkowych szałasów,  ciekawa jest też historia wsi.
Została  założona w 1546 r., wg. legendy przez zbójnika Jurko- stąd nazwa wsi. Jej przynależność  państwowa zmieniała się na przestrzeni lat.  Od początku powstania do 1918 r.  Jurgów należał do Królestwa Węgierskiego. Wieś  została włączona do granic Polski w 1920 r.  i pozostała w nich do wybuchu II wojny światowej. W czasie wojny ziemie te zajęte  były  przez Słowację i wróciły do Polski w 1945 r.
Tak wyglądały chałupy w Jurgowie w czasach węgierskich.
W okresie austro-węgierskim ludność była poddawana "madziaryzacji",  usilnie wprowadzano nauczanie języka węgierskiego w szkołach. Obecnie mało kto pamięta te czasy,  ale gdy w święta  Bożego Narodzenia odwiedziłam kościół  w Jurgowie, to słyszałam modlitwy i śpiewy po słowacku. Msze w tym języku odbywają się tylko w określonych porach, kierowane są  zapewne do osób starszych, wychowanych w czasach, gdy Jurgów był wsią słowacką. Na tej mszy czułam się trochę jakbym przeniosła się do innej epoki - staruszki w ludowych strojach,  pięknych chustkach ( nie chińskich podróbka kupionych na Krupówkach), śpiewające po słowacku.
Decyzja o przyłączeniu Jurgowa do Polski w 1920 r.  była boleśnie przyjęta przez jej mieszkańców, wywoływała bunty i sprzeciw, bo wielu chłopów zostało pozbawionych swojej ziemi. Bywały sytuacje, że część pola z np. ziemniakami została po stronie słowackiej, bo tak wytyczono granicę państwa.

Drewniany kościół pw. św.Sebastiana w Jurgowie jest najciekawszym zabytkiem we wsi. Pochodzi z 1675 r., w XIX w. był przebudowany i wydłużony.
Dach i ściany pokryte są gontem, a wnętrze zdobi piękna polichromia, niedawno odnawiana. Kościół ma wystrój rokokowy (mówi się o tzw. spiskim rokoko), bogato zdobiony ołtarz główny z 1869 r., mnóstwo figur świętych i aniołów.


Plik:Jurgow kosciol 05.jpg



Dzwonnica dobudowana została w 1881 r.obok kościoła, co jest nietypowe na Podhalu, bo najczęściej są w bryle kościoła. Jej elewację odnowiono w 2003 r. ale styl w jakim to zrobiono nie podoba mi się, nie pasuje do małego, drewnianego kościółka.






XVIII-wieczny konfesjonał i ambona - niedawno odnowione.






Św. Agata, a na tacy jej odcięte piersi jako symbol męczeństwa jakie poniosła.



Jurgów-kościół-gb-16

                               Ciekawa jest figura Jurgowskiego diabła, pokonanego przez św. Michała Archanioła. Legenda mówi, że nie mogą na nią patrzeć kobiety i dzieci. Jeżeli ktoś w to wierzy to proszę zamknąć oczy:)

Kamienny krzyż z XIX w. stojący przed kościołem.

niedziela, 17 listopada 2013

Sławomir Koper "Wielcy zdrajcy. Od Piastów do PRL."

Książki Sławomira Kopra nie przedstawiają wyłącznie nowych,
odkrywczych treści,
większość opisywanych faktów jest znana i można je odnaleźć w innych źródłach. Zaletą jego pisarstwa jest  umiejętność zebrania ciekawostek historycznych, obyczajowych i przedstawienie ich w taki sposób, że  wciąga to czytelnika w inny świat, ożywia postaci, które dawno odeszły. Pisze językiem lekkim, bez historycznego zadęcia. Pewnie dlatego jego książki zdobyły tak dużą popularność. Dla osób interesujących sie przeszłością, a nie będących specjalistami w tej dziedzinie, jest  to prawdziwa gratka.

Gdy przejrzałam spis treści książki o zdrajcach, to poczułam lekkie rozczarowanie, że ich poczet kończy się na Bolesławie Bierucie. Autor na końcu książki uzasadnia swój wybór, jakby rozumiejąc, że wielu czytelników odczuje brak najnowszej historii. S. Koper tłumaczy się, że rozmyślnie zakończył na latach ' 50, bo trudno jest pisać o czasach bardziej współczesnych. Wydarzenia z PRL-u to nie tylko historia, ale nadal jeszcze polityka, czyjeś losy, wspomnienia ludzi, którzy jeszcze żyją, może są obecni w sferze publicznej. Wiele faktów nie zostało też dostatecznie zbadanych, czy nawet ujawnionych, dlatego  trudno jest o nich pisać, nie unikając zafałszowań i wzbudzania zbyt silnych emocji.

Koper zaczyna poczet zdrajców od św. Stanisława, postaci o tyle kontrowersyjnej, że
nie
św. Stanisław
musi on być spostrzegany tylko jako święty, który miał odwagę przeciwstawić się złej polityce władcy, przypłacając to najwyższą karą. Biskup otwiera plejadę Polaków, którzy mając inną niż władza wizję państwa, buntują się przeciwko niej. To czy nazwiemy ich zdrajcami czy może, wręcz przeciwnie - patriotami, to jak pokazuje historia, kwestia interpretacji, kontekstu politycznego, czy wręcz poglądów historyka, przedstawiajacego postać.
 Często pod patriotyczną przykrywką mogą się kryć partykularne interesy, co podważa szlachetność działań. Podobnie, wśród zdrajców, przedstawionych przez autora, większość z nich kierowała się własnym interesem, chęcią zemsty, zysku, posiadania pozycji i władzy.

Zaciekawił mnie rozdział o potopie szwedzkim, pokazujący, jak do wojny doprowadziła nie tylko słabość Rzeczpospolitej, ale właśnie prywatna uraza magnata Hieronima Radziejowskiego.
Hieronim Radziejowski
Koper pozwala inaczej spojrzeć na postać Janusza Radziwiłła. Zwykliśmy go oceniać przez pryzmat książki H. Sienkiewicza i filmu J. Hoffmana - jako starca, oszalałego wręcz na punkcie  władzy, zdobycia korony - obrzydliwego zdrajcę. Był to jednak człowiek silny, inteligentny, sprawny polityk, dostrzegajacy słabość króla Jana Kazimierza i i jego polityki, prowadzącej do niechybnej zguby Rzeczpospolitej. Trudno więc jednoznacznie oceniać, czy gest poddania się królowi szwedzkiemu, Karolowi Gustawowi, to przejaw zdrady ojczyzny, czy jednak swoisty patriotyzm, próba wzmocnienia państwa przez sojusz ze Szwecją, by móc przeciwstawić się poważnie zagrażającej Rosji.
Janusz Radziwiłł
Tak jednoznaczne ukazanie przez Sienkiewicza postaci J. Radziwiłła może być krzywdzące, bo nie uwzględnia ówczesnej sytuacji w kraju, nie pokazuje kontekstu politycznego i wielkiej słabości Jana Kazimierza - którego Koper zalicza do najgorszych władców Polski.









Ciekawą postacią była też Karolina Sobańska, która, wykorzystując swoje kobiece wdzięki, wiernie pracowała dla cara. Inwigilowała opozycjonistów rosyjskich. W jej szpony ( ale też ramiona) wpadli Puszkin, Mickiewicz i wielu innych.

S. Koper jest dobry w burzeniu spiżowych pomników, jakie zwykliśmy stawiać "narodowym  bohaterom".  Ze szkoły wyniosłam obraz Adama Mickiewicza, romantycznego poety, usychajacego z powodu niespełnionej miłości do Maryli Wereszczakówny. Wyobrażałam sobie, że z tego smutku i tęsknoty powstawały piękne,
Karolina Sobańska
romantyczne wiersze. Okazuje się, że Mickiewicz był bardzo kochliwy i niezbyt wierny. Jego tęsknota za ojczyzną też nie była tak silna, jak wskazywałyby na to sonety krymskie.  Był poprostu człowiekiem swojej epoki, piszącym w duchu tych czasów.  A oprócz tego świetnie się bawił w doborowym towarzystwie i wygląda na to, że jego życie nie było zdominowane przez duchowe rozterki.
 Kolejną postacią przytoczoną przez Kopra jest Jakub Szela, który w czasach PRL-u wykreowany został na obrońcę chłopów, człowieka mającego świadomość klasową, walczącego z krzywdą i niesprawiedliwością społeczną. Szela myślał o zniesieniu pańszczyzny, podziale dworskich gruntów między chłopów. Stał się marionetką w rękach austriackiego zaborcy, udaremniając powstanie, planowane przez szlachtę w 1846 r.
Jakub Szela
Znów powtarza się wątek, że dla jednych to zdrajca, a dla innych bohater, walczący ze społeczną nierównością.
 Feliks Dzierżyński to postać, co do której nie ma wątpliwości, kim był. Ale nawet "krwawy Feliks" miał ludzkie i pro-polskie odruchy, uwalniając z więzienia Wieniawę-Długoszowskiego.
 Wanda Wasilewska to wierna wykonawczyni woli Stalina, jedna z nielicznych osób, znających jego prywatny numer telefonu. A mnie Wasilewska przez wiele lat kojarzyła się bardzo miło - jako autorka "Pokoju na poddaszu".
Wanda Wasilewska
Była to pierwsza "poważna" książka, którą przeczytałam w wieku 7 lat. Losy osieroconego rodzeństwa, zmagającego się z biedą, bardzo mnie wzruszały. Będąc dzieckiem, nie znałam pojęcia indoktrynacji, nie miałam poczucia, że autorka wciska mi komunistyczną ideologię. Dziecko patrzy na świat prostolinijnie i niewinnie, nie widzi podtekstów i politycznych gier. Wanda Wasilewska poprzez "Pokój na poddaszu" ukształtowała na wiele lat moją wrażliwość.

Bolesław Bierut zamyka poczet zdrajców polskich, przedstawionych przez S. Kopra. Jego służalczość wobec Stalina była tak duża, że zrodziło się podejrzenie, iż to nie prawdziwy Bierut, ale podstawiony jeszcze przed wojną sobowtór - sowiecki agent. Może to tłumaczyłoby dlaczego działał przeciw swojemu narodowi, chętny był zniszczyć polską państwowość - usuwając hymn i godło. Całe szczęście, że Stalin przeciwstawił się temu szalonemu pomysłowi. Pogłoski o sobowtórze Bieruta miał potwierdzić były premier - Piotr Jaroszewicz, w wywiadzie z Bohdanem Rolińskim. Nie zdążył jednak autoryzować tego wywiadu, został zamordowany. Okoliczności morderstwa, zaginione dokumenty i akta, podsycają atmosferę wokół tej sprawy, tego co mógł ujawnić Jaroszewicz.
Ciekawa jest też sprawa zamachów na Bieruta. Podobno kilka zostało udaremnionych i głośno informowano o tym opinię publiczną. Jeden incydent był utrzymywany w tajemnicy. Otóż w Krakowie ktoś do Bieruta strzelił. Sprawa musiała być poważna, bo najpierw poinformowano, że Bierut nie żyje. Jednak po kilkunastu minutach pojawił się - cały i uśmiechnięty. Może zginął wtedy sobowtór?
Śmierć Bieruta owiana jest tajemnicą, bardzo prawdopodobne jest, że został w Moskwie "zlikwidowany" jako człowiek reprezentujący epokę stalinowską, która właśnie została potępiona w słynnym referacie Chruszczowa.
Bolesław Bierut

Po przeczytaniu książki pozostał niedosyt, że autor pominął tak ciekawe okresy jak II Rzeczpospolita czy  II wojna światowa, które zapewne kryją swoje tajemnice, swoich patriotów i zdrajców.

P.S. Okładka książki jest zadziwiająca, nie wiem do czego nawiązuje?!












sobota, 16 listopada 2013

Zygmunt Miłoszewski "Domofon"

Domofon to horror w klasycznym stylu - nawiedzony dom(blok), potępione dusze, upiory, przenikające do naszej rzeczywistości, nękające żywych.
Ale tak naprawdę to nie upiory męczą, prześladują, czy zabijają ludzi.
To ich własne lęki, poczucie winy. Koszmary z przeszłości, które spychamy w najdalsze zakamarki naszej świadomości, nie chcemy o nich myśleć, pamiętać.
Każdy człowiek ma takie wspomnienia, przeżycia, czy myśli, o których chciałby zapomnieć, bo wywołują lęk.
Oprócz płaszczyzny typowego horroru, jest więc tu też druga strona książki, zahaczająca o ludzką psychikę. Żeby uwolnić się od koszmaru, trzeba przeżyc swój lęk do końca, nie uciekać, tylko zmierzyć się z nim, z przeżytą traumą, z własnymi słabościami, czy świństwami jakie się w życiu zrobiło.
Gdy wyrzucamy je ze świadomości, to żyjemy jakby za szybą , nie uczestniczymy w pełni w otaczającej nas rzeczywistości. Tak jak bohaterowie Domofonu, którzy w metaforyczny sposób nie mogą wyjść z domu do normalnego świata.Nie są w stanie pokonać niewidzialnej szyby, wpychającej ich spowrotem do miejsca, z którego chcą uciec, czyli do ciemnych zakamarków własnej duszy.
Zło materializuje się w książce pod postacią czarnej, gęstej substancji, która atakuje ludzi , obkleja ich, popycha do samobójstw.
Jak mówi jeden z bohaterów, istotą zła nie jest to, że zbyt wiele ludzi za nim podąża, ale to, że nie chcemy mu stawić czoła. Esencją "zła" jest to, że czyni ono ludzi biernymi, bezwolnymi, apatycznymi. Próbujemy o naszych ciemnych stronach nie myśleć, w konsekwencji czego nie walczymy z nimi, stajemy sie niewolnikami "zła".
Tylko dwoje bohaterów książki dojrzało do tego, by uwolnić się od swoich lęków. Zrozumieli, że aby stać się wolnym człowiekiem, trzeba przeżyć swój lęk do końca, wyśnić go , jak koszmarny sen, a nie budzić się przed zakończeniem. Tylko to nas oczyści, uczyni wolnymi.

P.S. ...a piwnic i wind zawsze się bałam...

czwartek, 14 listopada 2013

Lubię te ciemne godziny - Rainer Maria Rilke

Lubię te ciemne godziny w mym bycie,
gdy zmysły toną w głębinie bezwolne;
jak w starych listach, widzę w nich ukryte
codzienne życie, już dawno minione
i jak legenda dalekie, prześnione.
I wtedy wiem już, że zyskałem przestrzeń
na drugie życie, co bez czasu płynie.
Niekiedy czuję się ogromnym drzewem,
rosłym, szumiącym, co ponad mogiłę
wyrasta snem, przez chłopca śnionym skrycie
(którego strzegą podziemne korzenie),
straconym w smutku, żałości i śpiewie.

wtorek, 12 listopada 2013

Szlakiem architektury drewnianej - kościół w Dębnie

Wśród drewnianych kościołów polskich jest to niewątpliwie perełka - malowniczo położony, w niewielkiej wsi podtatrzańskiej, której nikt by zapewne nie znał, gdyby nie słynny zabytek.
Wart podkreślenia jest fakt, że w wakacje, zawsze gdy tam pojechałam, kościół był udostępniony zwiedzającym, można wysłuchać ciekawych informacji na temat historii i skarbów zgromadzonych w tym niewielkim kościółku.
Podkreślam ten fakt, bo najczęściej kościoły są zamknięte, można podejrzeć wnętrze tylko przez kratkę, albo (jeszcze gorzej) dziurkę od klucza.
Historia Dębna zaczyna się w 1254 r. kiedy nazwa ta pojawia się w dokumencie, poświadczającym nadanie tych ziem Cystersom, a pierwsza wzmianka o kościele pw. św. Michała Archanioła pochodzi z 1335 r. Obecna świątynia datowana jest na 2 poł. XV w. i nie przebudowywana, przetrwała do dziś. Długo pozostawała w zapomnieniu, dopiero pod koniec XIX w. zainteresowano się nią pod wpływem rozwijającej się mody Podhale i folklor. Rozpoczęto prace mające na celu przywrócenie dawnej świetności zaniedbanej świątyni. W 2003 r. kościół w Dębnie został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Naturalnego UNESCO.
Drewniany kościółek składa się z nawy, węższego od niej prezbiterium i wieży. Dach i ściany pokryte są gontem, za wyjątkiem górnej części wieży, obitej deskami, wyciętymi w koronkowy wzór.

Kościół słynie z pięknej polichromii z XV i XVI w., najstarszej tego typu  w Europie. Jest to polichromia patronowa, wykonana przy użyciu szablonów zwanych patronami.Jest to pierwsza rzecz jak rzuca się w oczy po wejściu do kościoła i na prawdę jej piękno zapiera dech w piersiach.

Cennym zabytkiem jest krzyż z ok. 1380 r., umieszczony na belce tęczowej.
Ołtarz  główny stanowi gotycki  tryptyk z XVI w., przedstawiający w części Matkę Boską z Dzieciatkiem, św. Michała Archanioła i św. Katarzynę Aleksandryjską.

Po bokach widać ołtarze w stylu barokowym.


Ciekawym zabytkiem jest drewniane, gotyckie tabernakulum, pokryte zatartą
polichromią.



















Dalej obejrzeć można chorągiew z XVII w., przedstawiającą św. Stanisława.
 Podarowana miała być podobno przez Jana III Sobieskiego, wracającego spod Wiednia. Niestety to legenda...

Podczas prac remontowych w 1949 r. przypadkowo odkryto deskę z malowidłem
datowanym na 1280 r. - fragment późnoromańskiej nastawy ołtarzowej.  Malowidło przedstawia św. Katarzynę i św. Agnieszkę. Niestety, w Dębnie można obejrzeć tylko kopię, bo oryginał malowidła znajduje sie w Muzeum Archidiecezji w Krakowie.




























Na stopniach ołtarza leżą cymbałki, których niezwykłość polega na tym, że najgrubsza płytka wydaje najwyższy dźwięk - odwrotnie niż w tradycyjnym instrumencie. Jest to tzw, gama perska, a efekt ten uzyskuje się podobno dzięki
użyciu specjalnego stopu metali i zakopanie instrumentu na jakiś czas w ziemi. Szacuje się, że mogły powstać w XV w., a niektóre źródła podają, że nawet w V w., jest takich na świecie tylko 5 sztuk. Nie wiadomo jak trafiły do kościółka w Dębnie, ale nadal są używane przez ministrantów podczas mszy św. zamiast dzwonków.

W kościółku w Dębnie kręcono serialową  scenę ślubu Janosika, ale tylko tę wewnątrz świątyni, bo zdjecia przed kościołem robiono w Dol. Chochołowskiej, mała kapliczka i otoczenie bardziej pasowało do charakteru filmu.

W kościele nie wolno robić zdjęć, więc wszystkie zamieszczone tu fotografie pochodzą z książki zakupionej na miejscu.

Polecam odwiedzenie Dębna, nie tylko ze względu na zabytkowy kościół, bo walorem jest także położenie wioski na granicy Tatr i Pienin, w pobliżu Zalewu Czorsztyńskiego. Wokół jest wiele innych atrakcji, jak choćby zamki w Niedzicy i Czorsztynie. Miejsce to jest tak urokliwe, że odwiedzam je, jak tylko nadarzy się okazja.

"Carte blanche" Jacka Lusińskiego

Historia nauczyciela z lubelskiego liceum, który traci wzrok wydaje się być stworzona na scenariusz filmu. I choć film dobrze zrobiony, C...