wtorek, 18 lipca 2017

"Carte blanche" Jacka Lusińskiego

Historia nauczyciela z lubelskiego liceum, który traci wzrok wydaje się być stworzona na scenariusz filmu. I choć film dobrze zrobiony, Chyra "świetnym aktorem jest", to jednak mnie ten film nie porwał, nawet nie specjalnie wzruszył. Moim zdaniem historia pokazana zbyt płytko, a jedyne emocje jakie mogłam oglądać na ekranie to dzięki grze Arkadiusza Jakubika. Mam wrażenie, że Chyra tak bardzo uważał, by nie przerysować tej postaci, że w końcu w ogóle jej nie narysował. 
Jest to historia oparta na faktach, jeżeli więc reżyser chce uhonorować bohatera, to niech pokaże mi jego historię, jego zmagania, cierpienie, rozpacz. Czy muszę się tego sama domyślać? Przecież nie trzeba robić łzawej, ckliwej opowieści, żeby pokazać emocje, tragedię człowieka, czego świetnym przykładem jest film "Chce się żyć".
Jest  w filmie kilka ciekawych pomysłów, jak  pokazanie zawężania się pola widzenia Kacpra, czy kolor oczy, gdy traci wzrok. Ale to zbyt mało. Obejrzałam film, nie powiem, z przyjemnością, ale jak usiadłam do komputera, to stwierdziłam, że właściwie nie mam o czym pisać. Wiem, że film zdobył nagrody i wszyscy go chwalą, właśnie za to co ja krytykuję, czyli sposób wyrażania emocji. Mam więc takie wątpliwości, że może  się nie znam...  Nie chcę chwalić filmu tylko z tego powodu, że porusza mnie prawdziwa historia nauczyciela, który był pierwowzorem Kacpra. 

niedziela, 16 lipca 2017

"Fargo" sezon 1

to serial nawiązujący do filmu braci Coen z 1996 r. Lester - sfrustrowany sprzedawca polis ubezpieczeniowych, poniżany codziennie przez swoją żonę, życiowy nieudacznik, spotyka na swojej drodze człowieka, który odmienia jego życie.  Krótka wymiana zdań powoduje, że wszystkie
elementy jego dotychczasowego życia, jak domino sypią się. Sprawami morderstw w okolicy zajmuje się fajtłapowaty policjant i niedoceniana przez przełożonego policjantka.
Konwencja filmu jest taka, że widz nie może oczekiwać logicznych motywacji działań bohaterów. Twórcy filmu puszczają do nas oko zza kamery. Mimo wielu morderstw i lejącej się krwi widz nie powinien brać tego zbyt dosłownie, a czasem ma prawo nawet zaśmiać się. Ale nie dajmy się zwieść, to nie komedia, tylko sensacja z utrzymanym odpowiednim  poziomem napięcia.

Ważnym bohaterem serialu jest Minnesota, stan w którym rozgrywa się akcja. Piękne widoki zasypanych śniegiem domów, dróg, ostrzeżenia o nadchodzących wielkich śnieżycach. Ta surowość klimatu świetnie podkreśla charakter filmu.

Polecam 1 sezon i zabieram się za ciąg dalszy.

sobota, 15 lipca 2017

Wzgórze Psów Jakuba Żulczyka


Mikołaj i Justyna, młode małżeństwo  - tracą możliwość spłacania kredytu mieszkaniowego a ich związek też nie wygląda najlepiej. Ratują się więc ucieczką na Mazury, do rodzinnego miasteczka Mikołaja. Uciekają przed kłopotami finansowymi, ale też konfliktami małżeńskimi. Bez jakiegoś konkretnego planu na przyszłosć, zamieszkują w rodzinnym domu Mikołaja, licząc na to, że jakoś wszystko się ułoży, zdobędą pieniądze i szybko wrócą do Warszawy. Zybork (tak nazywa się miasto) ma swoje mroczne tajemnice, nierozliczone historie z przeszłości, w które Mikołaj i Justyna zostają wciągnięci. Pomysł na historię nieco podobny do scenariusza serialu "Belfer". Małe miasteczko, mieszkańcy zastraszeni przez grupę trzymającą władzę.  Ciekawie przebiega linia podziału, kto jest dobry a kto zły w opowieści, a autor wprowadza nas w mroczny świat i zakamarki duszy, których może i nie chcielibyśmy poznać.
Nie umiem powiedzieć czy to dobra książka. Wydaje mi się nierówna w odbiorze. Momentami nudziła mnie, wiele fragmentów dłużyło się, potrzebowałam czasu by wciągnąć się w tę historię. Drugą połowę książki przeczytałam już jednym tchem. Nie wiem czy podoba mi się język Jakuba Żulczyka, czasem toporny i prostacki, ale były kawałki, które z przyjemnością czytałam po dwa razy, z uznaniem dla kunsztu autora. Mam wrażenie, że ta historia jest opowiedziana trochę jak film, jakby to były gotowe sceny z planu. Śmiało mogłaby być scenariuszem do filmu Smarzowskiego  Autor roztacza obrazy, jak kadry z filmu, a wiele książkowych postaci podczas  czytania, w wyobraźni obsadziłam konkretnymi aktorami. Właściwie czytając, widziałam w wyobraźni gotowe sceny.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że autor wplata wątki autobiograficzne, a Mikołaj - pisarz, borykający się z problemem narkotyków to alter ego Żulczyka. Dodaje to smaczku powieści i porusza wyobraźnię.

sobota, 1 lipca 2017

Opowieść Podręcznej

To serial oparty na książce Margaret Atwood. Książka nie jest niczym nowym, napisana w latach '80. Są widocznie jakieś przesłanki, powodujące, że twórcy serialu powrócili do tego tematu, uznając go za aktualny.
Serial ma rozbudowanych więcej wątków, jest trochę odniesień do współczesności, do bieżących problemów. Wizja opisanego świata jest przerażająca. Upadek USA, jakie znamy. Stworzony nowy porządek państwa totalitarnego, które kontroluje wszystkie sfery życia. I najważniejsze - sposób na problemy demograficzne! Jest to wizja przerysowana, pewnie mało prawdopodobna. Ale tendencje do takiego sposobu myślenia i spostrzegania świata i roli kobiet gdzieniegdzie widać. Przerażające jest to, że ci którzy tworzą nowy ład, "idealne" państwo, stwarzają piekło innym, a sami dla siebie szukają furtek, sposobów ominięcia ograniczeń, przepisów. Znamy już to z historii, że państwo totalitarne trzyma w ryzach społeczeństwo, a władza stwarza dla siebie wersję łagodniejszą, ulgową.
Klimat stworzony w serialu buduje napięcie, wręcz fizycznie można odczuć lęk, przerażenie bohaterek. Mroczny świat, wszechobecna inwigilacja, donosy, wyroki śmierci, okrutne okaleczanie tych, którzy próbują buntować się przeciwko władzy i nowemu porządkowi.
Jak rzadko kiedy, musiałam dawkować sobie oglądanie kolejnych odcinków, bo trudno mi było wytrzymać to napięcie i mój własny lęk, że to wszystko może okazać się realną przyszłością.

P.S. Przed chwilą dowiedziałam się, że Polki chcą przywitać D. Trumpa w strojach  w jakich chodzą bohaterki serialu.

środa, 28 czerwca 2017

Czarne narcyzy

to najnowsza część z serii kryminałów Katarzyny Puzyńskiej.
Pozostałe tomy czytałam jednym tchem, jeden kończyłam i od razu zaczynałam następny. Teraz, po dłuższej przerwie już tak bardzo nie wciągnęłam się w historię bohaterów z Lipowa. Razi mnie powtarzalny schemat i  naciągany motyw zbrodni. Owszem, przeczytałam z przyjemnością, kierowana bardziej sentymentem.
A teraz wracam do "Wzgórza psów" Jakuba Żulczyka.
 W "międzyczasie", czyli w drodze do pracy, czytam felietony Doroty Masłowskiej "Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu".
Niektóre z tych tekstów znam z Dwutygodnika, ale z wielką przyjemnością czytam je kolejny raz. Uwielbiam styl Masłowskiej, jej zabawy słowem, przewrotne spostrzeżenia, humor.
I takie to rozrywki mam tego lata, bo niestety ale na urlop nie mam co liczyć. Od przyszłego tygodnia zaczynam nową, dodatkową pracę. A w piątek ... wyniki matur. Moja córka jest dość opanowana więc ja też staram się trzymać poziom😉

środa, 17 maja 2017

Takie tam codzienne...

Wiem,  że to już stary temat, ale ja dopiero teraz obejrzałam serial hbo "Detektyw". Ale się wciągnęłam! Świetny klimat, muzyka.
Muszę uważać na seriale, bo bardzo mnie wciągają, nie mogę rozłożyć oglądania w czasie. Siadam w sobotę i jednym tchem, 10 godzin - jadę po całości. A praca, którą biorę na weekend do domu...leży. Potem wyrzucam sobie, że jestem niepoważna i niedojrzała. I sama się już męczę z własną głupotą.😀 Tak mnie wciągnął "Belfer"i "Westworld". Teraz będzie 2 sezon Detektywa. Ale recenzje ma słabe, może więc nie jest tak ciekawy i będę go sobie dawkowała po 1 odcinku dziennie.

Dziś w domu wielki dzień-moja córka zdała ostatni egzamin maturalny. Uff... chociaż właściwie nie było trudno😉

czwartek, 16 marca 2017

Wojciech Młynarski

Zawsze, gdy ktoś taki odchodzi, to czuję, jakby umierała cząstka mnie, bo odchodzi kawałek mojego świata. Teksty Młynarskiego kształtowały moją wrażliwość, były artystycznym drogowskazem w kwestiach społecznych, a nawet światopoglądowych. Piosenki takie jak ta zawsze mam pod ręką w trudnych chwilach. Żal...



czwartek, 2 lutego 2017

Życiowa zmiana

Po kilkunastu latach przerwy postanowiłam powrócić do pracy w swoim zawodzie.  Trochę wypadłam z obiegu, potraciłam kontakty, więc nie jest mi łatwo znaleźć pracę. Ale nie poddaję się i jestem na dobrej drodze:) Muszę odświeżyć sobie wiedzę, więc ciągle coś czytam, notuję; fajnie bo przypomniały mi się czasy studenckie i znów poczułam się młodo. Dodatkowo rozpoczęłam studia podyplomowe online.
Zmiana jest dla mnie szokująca, bo nagle z firmy produkcyjnej, jaką prowadziłam, przerzucam się na pracę umysłową:)
Po latach mam dość martwienia się o ZUS, VAT, płatności, klientów, rynek etc. Mam nadzieję, że uda mi się ta zmiana, w której bardzo pomaga mi moja siostra, bo mamy podobne zawody i branże.
Mamy więc w domu teraz wesoło; córka uczy się do matury, mama studiuje. 
No i przygotowania do studniówki  w pełni ☺
Nie mam więc czasu na czytanie książek innych niż zawodowe, a z filmów to (z wyrzutami sumienia, że się nie uczę) obejrzałam serial Westworld. Polecam:)
I marzę o wiośnie, o rowerze! A tu zapowiadają znowu duże mrozy i śnieżyce!

A na jednym z blogów znalazłam coś takiego, co dodaje energii:


sobota, 7 stycznia 2017

Długie weekendy

już  mnie  męczą,  wybijają  z rytmu pracy i normalnego życia. Od grudnia miałam  plany na świąteczne,  wolne dni i nic z tego nie  zrealizowałam.  Jestem  więc coraz bardziej  rozleniwiona i zła na siebie. Jedyne na co mnie jeszcze  stać  to czytanie  kryminałów,  co  nie  wymaga  wysiłku  intelektualnego ( ostatni  to "Wioska  morderców " Elizabeth  Herrmann).
Córka  przysyła mi  przerażające  wieści  o temperaturze  w Zakopanem.  Dziś  rano termometr  pokazał  -31 stopni,  trudno jest więc  jeździć na  stoku,  a nawet robienie  zdjęć  jest niemożliwe,  bo ile można  wytrzymać bez  rękawiczek?
Ja z mężem  wybraliśmy  się na  spacer do łódzkiego  Arturówka.  Stawy  zamarznięte,  ludzie chodzą  od jednego  brzegu  do drugiego,  jeżdżą na  łyżwach.  Pięknie. ☺





poniedziałek, 26 grudnia 2016

Młody Papież -

to serial HBO, który zaczęłam oglądać. Zapowiada się interesująco. Papież, w przypadku którego Duch Święty chyba się pomylił. Przyznaje, że nie wierzy w Boga, nie lubi ludzi, chce w wiernych budzić respekt pomieszany ze strachem.

Z każdym kolejnym odcinkiem poznajemy kim jest Pius 13.
Człowiek pełen sprzeczności, surowy dla ludzi, zmagajacy się ze wspomnieniami z dzieciństwa , mistyk, i jak ludzie mówią- święty.
Jaki ma być Kościół wg.Piusa, czego oczekują od niego ludzie, a czego Bóg.
Pius XIII ma kontrowersyjny i trochę przerażający pomysł na odbudowanie pozycji Kościoła i przyciągnięcie wiernych. Chce ograniczyć kontakt Watykanu z wiernymi, stworzyć zamknietą twierdzę, tak by wzbudzić ciekawość, strach, zaintrygować na nowo. 

Jeśli ktoś szuka w tym serialu realistycznych opowieści o Watykanie to ich nie znajdzie. Dużo scen symbolicznych, surrealistycznych. Twórcy serialu puszczają oko do widza, tak jak główny bohater w czołówce filmu. Jakby chcieli powiedzieć : "nie traktujcie tej historii dosłownie". 
Warto zwrócić uwagę na muzykę.
Urzekająca Diane Keaton. Czas się chyba dla niej zatrzymał. Ma młodość w oczach a zmarszczki tak do niej nie pasują, że sprawiają wrażenie charakteryzacji do roli.

piątek, 11 listopada 2016

Leonard Cohen

- piękne wspomnienia, tyle wzruszeń dostarczała mi jego muzyka. Nieprzespane noce, gdy z audycji radiowej nagrywałam na magnetofon płyty Cohena. To Jemu przyznałabym nagrodę Nobla...
Z odejściem Leoarda Cohena kończy się jakaś część mojego świata.
 Wybrałam takie utwory na dziś:




i wzruszające nagranie starego już Cohena:


A w Łodzi za oknem jest tak




wtorek, 8 listopada 2016

...i tylko Trójki żal

Starzy słuchacze radiowej Trójki na pewno tęsknią za dziennikarzami odchodzącymi ze stacji w wyniku "dobrej zmiany". Nie chcę tutaj pisać o polityce, ale po prostu brakuje mi znajomych głosów, które po latach słuchania stają się częścią codziennego życia.
Michał Nogaś, który niedawno pożegnał się z radiem, rozpoczął pracę w Wyborczej. Wczoraj na portalu w sieci znalazłam premierowy odcinek programu pt. "Nogaś na stronie".klik
Bardzo się ucieszyłam, bo pierwszym gościem był Andrzej Stasiuk, a tematem wiodącym podróże pisarza do Rosji i Jego najnowsza książka "Osiołkiem".
Książkę mam już zamówioną i szykuję się na spotkanie ze Stasiukiem w Łodzi, zaplanowane na 16 listopada.  A za Michała Nogasia trzymam kciuki.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Katarzyna Puzyńska "Utopce"

Wieś Utopce, stary, skrzypiący drewniany dom przy lesie i zbrodnia sprzed lat.       Drzewa wyciągają
powyginane konary jakby chciały pochwycić każdego kto odważy się tam zapuścić.  Hulający jesienny wiatr, w którym zdaje się słyszeć potępieńcze wycie dusz. Do tego zbliżające się Halloween, odnalezione kości wampira i klątwa. Już to na początek wystarczy by z zapartym tchem zabrać się za lekturę.
Przełom października i listopada sprzyja rozważaniom o śmierci, o tych co odeszli. Ale też, dzięki Halloween jest to czas duchów, upiorów, w sam raz pora na przeczytanie kryminału z dreszczykiem.
Autorka świetnie wplata w historię zabójstwa wątek podań ludowych, pogańskich wierzeń. I niby czytelnik uśmiecha się z przekąsem, że przecież to bujdy, ale jak stare buki wyciągają złowrogo swe gałęzie, a za oknem listopadowa noc, to robi się trochę dziwnie:)
Puzyńska umiejętnie podsuwa czytelnikowi tropy rozwiązania zagadki kryminalnej, tak, że każdy wariant wydaje sie logiczny i wiarygodny. Pobudza to do własnej dedukcji i czyni powieść jeszcze bardziej atrakcyjną.
Polubiłam policjantów z Lipowa i styl pisania Katarzyny Puzyńskiej. Pozostałe części serii czekają już na półce. Chociaż czasu będzie teraz mniej na czytanie, bo po chorobie wracam jutro do pracy:(

niedziela, 6 listopada 2016

Katarzyna Puzyńska "Łaskun"

Jak to dobrze mieć status chorego w domu. Jestem zwolniona z weekendowych
zakupów, porządków i gotowania. Mogę legalnie leżeć w łóżku i czytać:)
No to machnęłam szybciutko kryminał:)
Zaczęłam chyba trochę głupio, bo od 6 części serii, ale jakoś tak wpadł mi w ręce akurat ten tom.  Musiałam więc domyślać się wcześniejszych perypetii bohaterów, ale to nie przeszkadzało mi delektować się świętną fabułą książki.
Takie kryminały lubię; akcja wartka, intryga spójna logicznie. Postaci i wątków dużo, ale tak wszystko poprowadzone, że nie gubię się (patrz: Bonda), bo jedno wynika z drugiego a wszystko razem składa się w jedną całość. I gdy wydaje Ci się , że już wszystko wiesz, że zagadka rozwiązana, to i tak na koniec czeka jakiś smaczek, który dopełnia całość obrazu.
Autorka jest psychologiem, wykorzystuje więc swoją wiedzę w książce. Nie chcę zdradzać szczegółów, ale moim zdaniem ciekawie wplotła tematykę zaburzeń psychicznych do fabuły.
Klasyczny kryminał; wciąga od pierwszej strony i już do końca trudno się od niego oderwać. Zrobiłam sobie króciutką przerwę na napisanie tej notki i już wracam do czytania, bo teraz czeka na mnie "Utopce" Katarzyny Puzyńskiej:)

P.S.  A łaskun wygląda tak:

piątek, 4 listopada 2016

"Pilch w sensie ścisłym"

Katarzyny Kubisiowskiej, książka
zamówiona kilka  dni temu a dziś ją odebrałam.
Jerzy Pilch to jeden z pisarzy, którego bardzo cenię. Czytałam Jego Dzienniki, ale wiadomo, że pisarz inaczej kreuje sam własny wizerunek.
Biografia napisana przez Katarzynę Kubisiowską zapowiada się intrygująco, bo jej bohater po przeczytaniu książki przestał odzywać się do autorki. Chyba nie spodobała się:) Ja nie oczekuję żadnych pikantnych szczegółow z życia pisarza, aż tak ciekawska nie jestem. Interesuje mnie Pilch jako artysta, bo dla mnie jest on mistrzem słowa.
 Bardzo ciekawy wywiad z K. Kubisiowską można obejrzeć w programie Katarzyny Janowskiej "Rezerwacja". Dyskusja dotyczy tego jak daleko może posunąć się biograf w ujawnianiu intymności, czy osoba tzw. publiczna ma prawo do prywatności, czy jednak musi się godzić na wystawienie na widok publiczny. Polecam program tutaj  Rezerwacja.  A swoją drogą, cieszę się , że pani K. Janowska po opuszczeniu TVP Kultura w  wyniku "dobrej zmiany", znów ma swoje miejsce w mediach.
Zabieram się do czytania biografii Jerzego Pilcha...

czwartek, 3 listopada 2016

Katarzyna Bonda i jej najnowsza powieść "Lampiony"

miały umilić mi czas choroby i dostarczyć rozrywki podczas przymusowego leżenia w łóżku.  Nie łudziłam się, że będzie to rozrywka na wysokim poziomie, bo każda część tetralogii o profilerce Saszy Załuskiej wydawała mi się słaba.  Polubiłam Katarzynę Bondę za jej kryminały z Hubertem Meyerem w roli głównej. Niestety, ale przygody rudowłosej Saszy nie są już tak ciekawe.
Mimo tego, z ciekawości sięgnęłam po kolejny tom, sugerując się reklamą  i faktem, że akcja toczy się w moim mieście - Łodzi.
"Lampiony" rozczarowały mnie bardzo, znudziły, tak że ledwo dobrnęłam do końca, prześlizgując sie po kartkach, bo właściwie nie interesowało mnie zakończenie nudnej fabuły.
Słynna profilerka Sasza, stała się postacią nijaką, nie wnoszącą nic do śledztwa, właściwie nie wiem po co pętała się po Łodzi? Pisarka nieco prześlizgnęła sie po życiu prywatnym Saszy, ale tak powierzchownie, że nic nowego czytelnik się nie dowie. Nie wiem po co ta postać jest wprowadzona do fabuły, można ją wyciąć i książka nic nie straci.

Może choroba mnie zamroczyła, ale nie umiałabym powiedzieć o czym ta książka jest. Wymieszane jest tak wiele wątków, często niespójnych lub prowadzących donikąd, że już w połowie książki nie chciało mi się analizować "kto z kim , za ile i po co". Trudno powiedzieć, że jest to kryminał, bardziej powieść łotrzykowska, trochę przypominająca "Złego" Tyrmanda. Męczyła ale i śmieszyła mnie mnogość postaci o pseudonimach i przygodach gdzieś z obszarów Niziurskiego.
Intrygi i pomysł na płonącą Łódź, z domieszką wizji apokaliptycznej nie przekonał mnie. Mam wrażenie, że autorka chciała wpleść jak najwięcej wątków, by uczynić powieść atrakcyjną a fabułę wartką. Wykorzystała nawet gorący temat ISIS i emigrantów. Tego wszystkiego jednak jest za dużo, brak jest spójności i chyba też sensu.
Główną bohaterką powieści jest... Łódź. Trzeba przyznać, że autorka zrobiła doskonały reaserch.  Świetnie przygotowała się z topografii miasta, sypała słownictwem, które Wikipedia podaje jako gwarę łódzką, operowała lokalnymi nazwami, typu Pietryna, Limanka, Abramka, no i oczywiście Stajnia Jednorożców. Jestem łodzianką, ale rzadko słyszę  słownictwo jakim rozmawiają bohaterowie książki. Nigdy nie mówię, że idę na Pietrynę, bo to brzmiałoby śmiesznie. W moim odczuciu, próba scharakteryzowania Łodzi wypadła groteskowo.
Ale też cieszę się, że wreszcie nie mówi sie wyłącznie o łódzkich menelach, chociaż nie brakuje ich w książce. Jest też trochę o historii getta łodzkiego, o miejscach i wydarzeniach zwiazanych z kulturą i sztuką, a w tramwajach młodzież czyta książki!!!  Tak, tak, Łódź to nie tylko bieda, pijaństwo i menelstwo. Za to dziękuje pani Bondzie:)
Przeczytam oczywiście nastepną część Czterech Żywiołów, bo warto mieć pogląd na całość "dzieła", ale nie wiążę już nadziei, że mnie porwie i zachwyci.



niedziela, 2 października 2016

Może to kryzys wieku średniego?

Jeśli nie wiesz czego chcesz to masz czego nie chcesz.

A ja właśnie ostatnio nie wiem czego chcę. Życie straciło swoje barwy, nic nie sprawia mi radości. Wszystko stało się takie powtarzalne, przewidywalne...
Książki mnie nudzą, każda wydaje mi się miałka, bez wartości.  Mam wrażenie, że już nic nowego w nich nie mogę dla siebie odnależć, że wszystko już w takiej, czy innej formie było. Może jeszcze tylko muzyka mnie troche kręci. Słucham bluesa i to daje mi jeszcze trochę energii.
I  na dodatek, moja córka skończyła 18 lat. Jest to powód do radości i dumy. Ale jak ja się czuję staro!!!

Obejrzałam "Moje córki krowy" i utwierdziłam sie w swojej depresji, życie jest
tak krótkie, a koniec zawsze tragiczny.

Może to jest taki moment w życiu, kiedy trzeba na nowo wyznaczyć sobie cele, wartości, określić nowe plany?

wtorek, 16 sierpnia 2016

Koniec lata już bliski

Niestety,  urlop się skończył, nie ma już co liczyć na "długie weekendy". Pora wracać do codzienności.
Pogoda w Tatrach była "zmienna", ale nie chcę narzekać. Nie nudziliśmy się, nawet jak padał deszcz, to jak zwykle mieliśmy jakiś plan awaryjny.
Dla naszej suni Lili to były pierwsze wakacje, a my przekonaliśmy się, jak dużym ograniczeniem jest pies w górach. Na szlak wejść nie można, bo wszędzie TPN. Wstęp psy mają tylko do Doliny Chochołowskiej, z czego oczywiście skorzystaliśmy.


Odwiedziliśmy też Pieniny i Zalew Czorsztyński. Pływanie po Zalewie, między zamkami w Niedzicy i w Czorsztynie - cudowne.



Pogoda jest mało letnia, zrobiło się jakoś tak jesienne. Cóż, żal...

niedziela, 24 lipca 2016

Edward Stachura - dziś rocznica jego śmierci

Poeta, artysta, który ukształtował moją wrażliwość.


List do pozostałych

Umieram
za winy moje i niewinność moją
za brak, który czuję każdą cząstką ciała i każdą cząstką duszy,
za brak rozdzierający mnie na strzępy jak gazetę zapisaną hałaśliwymi nic nie mówiącymi słowami
za możliwość zjednoczenia się z Bezimiennym, z Pozasłownym, Nieznanym
za nowy dzień
za cudne manowce
za widoki nad widoki
za zjawę realną
za kropkę nad ypsylonem
za tajemnicę śmierci w lęku, w grozie i w pocie czoła
za zagubione oczywistości
za zagubione klucze rozumienia z malutką iskierką ufności, że jeżeli ziarno obumrze, to wyda owoc
za samotność umierania
bo trupem jest wszelkie ciało
bo ciężko, strasznie i nie do zniesienia
za możliwość przemienienia
za nieszczęście ludzi i moje własne, które dźwigam na sobie i w sobie
bo to wszystko wygląda, że snem jest tylko, koszmarem
bo to wszystko wygląda, że nieprawdą jest
bo to wszystko wygląda, że absurdem jest
bo to wszystko tu niszczeje, gnije i nie masz tu nic trwałego poza tęsknotą za trwałością
bo już nie jestem z tego świata i może nigdy z niego nie byłem
bo wygląda, że nie ma tu dla mnie żadnego ratunku
bo już nie potrafię kochać ziemską miłością
bo noli me tangere
bo jestem bardzo zmęczony, nieopisanie wycieńczony
bo już wycierpiałem
bo już zostałem, choć to się działo w obłędzie, najdosłowniej i najcieleśniej ukrzyżowany i jakże bardzo i realnie mnie to bolało
bo chciałem zbawić od wszelkiego złego ludzi wszystkich i świat cały i jeżeli tak się nie stało, to winy mojej w tym nie umiem znaleźć
bo wygląda, że już nic tu po mnie
bo nie czuję się oszukany, co by mi pozwoliło raczej trwać niż umierać; trwać i szukać winnego, może w sobie; ale nie czuję się oszukany
bo kto może trwać w tym świecie – niechaj trwa i ja mu życzę zdrowia, a kiedy przyjdzie mu umierać – niechaj śmierć ma lekką
bo co do mnie, to idę do ciebie Ojcze pastewny żeby może wreszcie znaleźć uspokojenie, zasłużone jak mniemam, zasłużone jak mniemam
bo nawet obłęd nie został mi zaoszczędzony
bo wszystko mnie boli straszliwie
bo duszę się w tej klatce
bo samotna jest dusza moja aż do śmierci
bo kończy się w porę ostatni papier i już tylko krok i niech Żyje Życie
bo stanąłem na początku, bo pociągnął mnie Ojciec i stanę na końcu i nie skosztuję śmierci.

Zacznij od nowa...

Źródło: deon. pl

piątek, 22 lipca 2016

Po prostu...zmień pozycję


Władysław Broniewski PO CO ŻYJEMY


źródło: culture.pl


Życie jest diabła warte 

poza Szopenem, Mozartem; 
poza Słowackim i Mickiewiczem 
jest w ogóle niczem. 

Ja nie, żeby pisać Sonety, 
nie żeby Króla Ducha 
sercem poety 
pragnę posłuchać... 

Czego? no, Wisły, no, oczywiście, 
kiedy brzozowe liście, 
jeszcze nie bardzo zielone, 
jeszcze onieśmielone, 
a już kładą się na ziemię, na wodę, 
w białodrzewiu hodując urodę, 
i wiem, że przyjdę, zobaczę 
i że się na nowo rozpłaczę, 
że takie zielone i młode. 

No, na przykład sosny 
albo klony, przyjacielskie, klony! 
Jestem radosny, 
bo klon jest zielony. 

Życie jest diabła warte, 
jeżeli nie jest uparte, 
no bo trzeba, przyjaciele wrócić, 
wszystko tam zmienić, odwrócić 
żeby sosny szumiały nad Wisłą 
i żeby słońce zabłysło 
w złocie zboża, w broni hartowanej, 
w oczach bliskich, we krwi przelanej, 
nad Mazowsza równiną otwartą 
i żeby żyć było warto.

czwartek, 21 lipca 2016

Jo Nesbo "Krew na śniegu"

Jeżeli ktoś zna powieści Nesbo z Harry Hole, gdzie akcja jest wartka, zagmatwana i
wielowątkowa, to po przeczytaniu "Krwi na śniegu" może przeżyć szok poznawczy.
Jest to właściwie opowiadanie do przeczytania na jeden wieczór.
Płatny morderca Olav dostaje zlecenia zabicia żony swojego szefa. To, że się w niej zakochuje to początek problemów, który implikuje następne.
Olav jest, jak na zabójcę, dość miękkim facetem, ze skłonnościami do empatii i filozofowania. Niestety, nie są to cechy pożądane w tym fachu i ..., więcej nie zdradzę:)
Całość utrzymana jest klimacie czarnego humoru, z zakończeniem skłaniającym do zadumy. Prawda, że nietypowo jak na kryminał?
Czytałam wiele krytycznych opinii na temat tej książki, że jest mierna w porównaniu do serii o Harrym Hole'u. Moim zdaniem nie można tego porównywać. To zupełnie inna forma, nieco psychologizująca, z zacięciem filozoficznym. Początkowo byłam zdziwiona, że taka nowelka wyszła spod pióra Nesbo. Ale gdy ochłonęłam to  poukładałam to sobie w głowie. Taki Jo Nesbo też jest interesujący!

poniedziałek, 18 lipca 2016

"Dziewczyna z pociągu" Paula Hawkins

Młoda kobieta, Rachel, ma poważne problemy emocjonalne, jest alkoholiczką. Jej
małżeństwo rozpadło się, z pracy została zwolniona. Mieszka u koleżanki i aby zachować pozory, że wszystko jest ok, jeździ codziennie do Londynu, udając, że do pracy. Z okna pociągu obserwuje dom i małżeństwo w nim mieszkające. Wyobraża sobie, że są idealną parą i prowadzą ciekawe i szczęśliwe życie. Niespodziewa się, że zostanie uwikłana w ich historię.
Fabuła rozkręca się powoli, budowane jest napięcie, więc czyta się dobrze, z nadzieją, że już..już na nastepnej stronie coś się wydarzy! I tak można dojść do ostatniej strony i się rozczarować.
 Bohaterowie są tak nudni i przewidywalni, że nie budzą zainteresowania. Główna bohaterka ciągle pije, ma amnezję i nęka swojego byłego męża. Brak jakiejkolwiek głębi w tej postaci, a to podobno thriller psychologiczny. Momentami trąciło melodramatem, naiwnością.
 Czytałam z nadzieją, że ta  rozreklamowana petarda w końcu wybuchnie, a to okazał się namoknięty kapiszon. "Dziewczyna z pociągu" jest przykładem jak wiele złego może zrobić nachalny marketing. Jeżeli Stephen King nie spał z powodu tego "thrillera" całą noc, to co dopiero zwykły czytelnik? Gdy reklama tak mocno nadmucha balon, to może on pęknąć i pokazać swoją pustkę w środku.
Książka z  niewykorzystanym potencjałem, trochę nudna, ale wciąga czytelnika, który naiwnie wierzy, że na końcu będą fajerwerki. W sam raz do czytania w autobusie, w drodze do pracy.



niedziela, 17 lipca 2016

ks. Jan Kaczkowski "Życie na pełnej petardzie".

Książka napisana jest w formie rozmów z dziennikarzem
Piotrem Żyłką. Powstawała w biegu, spontanicznie, bo ks. Kaczkowski był ciągle zajęty - pracą w hospicjum, spotkaniami z ludźmi i wreszcie własnym leczeniem.
Ks. Kaczkowskiego znałam z mediów, wywiadów, rekolekcji zamieszczanych na YT, czy jego vloga. To jest jego pierwsza książka, jaką przeczytałam. Wiele z jego wypowiedzi i poglądów znałam, więc nie były dla mnie nowością.
 Zdawał sobie sprawę z tego jakie wrażenie robi na ludziach i czasem trochę tego nadużywał. Lubił chyba pogwiazdorzyć, pochełpić się tym, że jest nieszablonowym księdzem. Gdy zachorował, to sam o sobie mówił, że jest onkocelebrytą-księdzem znanym z tego, że jest chory na raka. Myślę, że to kokietowanie słuchaczy przynosiło jednak dobre owoce. Dzięki byciu "gwiazdą" i celebrytą łatwiej było mu np. wyżebrać pieniądze na hospicjum, bo jak sam o sobie mówił, był ekskluzywnym żebrakiem, który żebrze w kościele a nie przed nim.
Ks. Kaczkowski był prawdziwym gawędziarzem, co w książce widać. Inteligentny, błyskotliwy, dowcipny, sypał anegdotami. Ale kiedy chciał, potrafił mówić bardzo serio, zwłaszcza gdy poruszany był temat liturgii, Eucharystii.
Krytyczny stosunek do hierarchii kościelnej wyniósł z domu(jego ojciec jest ateistą), często więc wypowiadał się krytycznie o księżach i o Kościele jako instytucji. Był za to nie raz przeczołgany i zastraszany.
Godna wielkiego podziwu była jego praca w hospicjum w Pucku. Poświęcił się jej całkowicie. Walczył nie tylko o pieniądze, ale przede wszystkim o godność umierającego człowieka. W jego postawie przebijał szacunek dla drugiej osoby-wierzącej lub nie, szacunek dla uczuć i poglądów.
Ks. Kaczkowski na pewno nie dawał się zaszufladkować wg stereoptypowych podziałów-jak krytyczny wobec herarchi kościelnej w Polsce to znaczy, że liberał. Nie, nie... .
W wielu kwestiach dość surowy i konserwatywny, z rezerwą odnoszący się do papieża Franciszka, za to wielką estymą darzył Benedykta XVI.
Jako bioetyk nie uciekał od problemu aborcji, in vitro, starając się zachować szacunek dla człowieka. Powtarzał myśl, że "w sprawach istotnych-jedność, mniej ważnych-wolność, a nad wszystkim winno być miłosierdzie".
Tematów w książce poruszanych jest wiele, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Myślę, że jest to dobra lektura dla osób wierzących, niewierzących, poszukujących-wszystkich. Jest to bowiem spotkanie z mądrym i interesującym człowiekiem, warto więc z tego spotkania skorzystać.
Mnie  zafrapował jeden wątek(spośród wielu oczywiście).
Otóż jaki genotyp miała Chrystus? Część od Matki, ale... Duch Święty genotypu nie ma , przynajmniej nie możemy go o to podejrzewać. Ks. Kaczkowski wykombinował sobie, że Chrystus miał genotyp uniwersalny, wspólny dla wszystkich ludzi. Z biologicznego punktu widzenia to nie możliwe. Może to jakiś "genotyp boski", zmieszany z genotypem ludzkim, by go uszlachetnić, dać nową jakość. Jak przemiana wody w wino, czyli zamiana czegoś zwykłego, pospolitego w substancję szlachetną. Kaczkowski porównuje to do nalewania wody do wina podczas mszy i wypowiadanej modlitwy: "Boże daj nam uczestniczyć w bóstwie Chrystusa". Pozwala to nam myśleć że mamy genotyp wspólny z Bogiem! Prawda, że inspirujące?
Ks. Jan Kaczkowski długo walczył z glejakiem mózgu. Chorobę rozpoznano w czerwcu 2012 r. i dawano mu pół roku życia. Zmarł 28 marca 2016 r. Mam nadzieję, że już poznał tajemnicę Nieba( bo nie Piekła czy Czyśćca) o czym chętnie i żartobliwie opowiadał, że teraz naprawdę żyje na pełnej petardzie.
W książce, na zakończenie żegna się takimi słowami:

A ja, jeśli Pan Bóg przyjmie mnie do siebie, obiecuję, że na tyle, na ile mi pozwoli, bo to też nie jest takie oczywiste, będę próbował być blisko was.
Przepraszam wszystkich, których skrzywdziłem, których niesprawiedliwie oceniłem. Proszę o wybaczenie wszystkich, którzy poczuli się przeze mnie dotknięci w tych momentach, kiedy nie stanąłem na wysokości zadania.   
I chciałem powiedzieć, że nie mam żalu do nikogo.


Polecam do obejrzenia na stronie radiowej Trójki programu z ks. Kaczkowskim. Audycja "Biuro myśli znalezionych"  klik






sobota, 16 lipca 2016

Ignacy Karpowicz "Ości"

Po zachwycie nad "Sońką" zabrałam się za "Ości". I tu, niestety, rozczarowałam się.
Jest to opowieść o rozpadzie dawnego świata, w którym zadawano sobie pytania o sens wszystkiego. Karpowicz ukazuje nową rzeczywistość, przekrzywioną, rozedrganą. Bohaterowie to ludzie w jakimś sensie pęknięci wewnętrznie. Nie tworzą tradycyjnych rodzin, bo nie są jednowymiarowi, nie sposób ich jednoznacznie zaszufladkować w kwestii poglądów, ról społecznych, orientacji seksualnej. Zmieniają role i konfiguracje, mało ze sobą rozmawiają, bo język nie jest już nośnikiem ważnych informacji, nie pomaga w wyrażaniu siebie. Bohaterowie krążą po swoich orbitach, czasem sie o siebie ocierając, ale bez nawiązywania głębszych relacji. Ostatecznie są jednak zagubieni, brak im poczucia bezpieczeństwa.
Jak sądzę, dużo jest w powieści elementów autobiograficznych, doświadczania takiej rzeczywistości przez autora. Ja jednak czułam się w tym świecie zagubiona. I to nie dlatego, że nie zrozumiałam książki, bo wiem "co autor miał na myśli". Problem w tym, że ja "nie czuję" tego, to nie jest świat moich doświadczeń, odczuć. Forma i język, tak chwalone przez krytyków, mnie nie pociągały, a nawet potęgowały poczucie chaosu i zagubienia. Miałam wrażenie, że jestem wciskana w czyjś świat, na siłę wydumany i udziwniony. Właśnie forma powieści powodowała, że ten świat, ten obraz rzeczywistości nie zainteresował mnie. Karpowicz, po "Ościach" porównywany był do Pedro Almodóvara. Moim zdanie to nadużycie. Nie wystarczy podejmować tematu gejów, transwestytów, by zasłużyc na taki komplement. Zapewne narażam się w tym momencie wielbicielom twórczości Karpowicza, ale ja(z całym szacunkiem dla talentu pisarza) tej formy narracji po prostu nie kupuję.

piątek, 15 lipca 2016

Ignacy Karpowicz "Sońka"

Dawno książka nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, nie ścisnęła tak za gardło, jak
"Sońka". Krótka, jak nowela, ale daje taką dozę emocji, że gdy skończyłam ją czytać w autobusie, to zerkałam na boki, czy nikt nie widzi mojego wzruszenia.
Igor- modny reżyser teatralny z Warszawy, przyjeżdża w swoje rodzinne strony, do białostoczańskiej wsi. Przypadkiem, chociaż w tej opowieści nie ma przypadków, spotyka starą kobietę, Sońkę. Od tego momentu opowieść wymyka sie ramom czasu i realizmu. Sońka wie, że stoi już nad grobem, chce opowiedzieć komuś historię swojego życia. W osobie Igora dostrzega Anioła Śmierci, na którego czekała, który ją wysłucha i przeprowadzi na drugą stronę rzeki, czyli do śmierci.
Dramat kobiety wydarzył sie w czasie II wojny. Zakochała sie w Niemcu, który brał udział w eksterminacji tamtejszej ludności. Zakochała sie właściwie we własnym obrazie jaki sobie stworzyła, bo nie znała języka niemieckiego, nic nie wiedziała o swoim ukochanym. Ale gdy Joachim mówił do niej o tym co robi, to Sońka układała niemieckie słowa wg. własnych wyobrażeń. Będą żyli szczęśliwie, będą jeździć nad morze, które nazywa się Juden, będą mieć kota o imieniu Raus, który będzie łapał myszy, czyli Schweine. Ktoś mógłby pomyśleć, że to marna groteska, ale napisane jest w taki sposób, że łapie za gardło. Joachim staje się jej nadzieją na lepsze życie, na ucieczkę od ojca, który wykorzystywał ją seksualnie, od braci, którzy nią pogardzali.
Igor, słuchając opowieści Sońki, przenosi ją na deski teatru, wyobrażając sobie poszczególne sceny, opinie krytyków. Dla niego ta historia sprzed lat ma ogromne znaczenie emocjonalne. Wysłuchując historii starej kobiety, pomaga jej uwolnić się od przeszłości, a jednocześnie widzimy, że w nim samym zachodzi przemiana. Pewnie można tu dopatrywać się wątków autobiograficznych; wieś na granicy białoruskiej, tamtejsza ludność,  wreszcie sam reżyser, który z wiejskiego Ignacego przemienia się w znanego Igora.
Temat książki mógłby wydać się banalny i kiczowaty, lub ocierać o zbędny patos. Jednak Karpowicz, chyba dzięki swojemu kunsztowi pisarskiemu, uniknął tego. Forma i język opowieści, czynią ją wyjątkową, liryczną, poruszającą emocjonalnie. Magiczny realizm, baśniowość, brak ram czasowych, spowodowały, że przeniosłam się do innego świata.

Na dzień dobry...


czwartek, 14 lipca 2016

Kazimierz Przerwa-Tetmajer "Któż nam powróci"



Któż nam powróci te lata stracone 
bez wiosennego w wiośnie życia nieba?... 
Wołają na nas, że w złą idziem stronę,
precz o świat troskę rzucając powinną,
a czy pytają się nas, co nam trzeba
i czyśmy mogli obrać drogę inną?
Kto z was policzył te gorzkie godziny
daremnych pragnień, żrących naszą duszę?
Kto zmierzył smutku naszego głębiny
bez dna i brzegu? Kto wie, jakie ducha
niepodległego straszne są katusze,
gdy zerwać swego nie może łańcucha?
Spójrzcie nam w mózgi - - zgryzły je, strawiły
wrodzone ludziom daremne pragnienia.
Wołacie na nas: "Jesteśmy bez siły,
dajcie nam słowa wiary i otuchy" - -
a nam któż daje słowa pocieszenia?
A któż mdlejące nasze wzmacnia duchy?
Któż nam powróci te lata stracone
bez wiosennego w wiośnie życia nieba?...
Chcecie w nas widzieć dźwignię i obronę,
żądacie od nas zbawień i pomocy,
lecz my, z waszego wykarmieni chleba,
jak wy, nie mamy odwagi i mocy

czwartek, 24 grudnia 2015

Wiersz na Boże Narodzenie

Konstanty I. Gałczyński - POWRÓT

A podana jest gdzieś ulica
(lecz jak tam dojść? którędy?),
ulica zdradzonego dzieciństwa,
ulica Wielkiej Kolędy.
Na ulicy tej taki znajomy
w kurzu z węgla, nie w rajskim ogrodzie,
stoi dom jak inne domy,
dom, w którym żeś się urodził.
Ten sam stróż stoi przy bramie.
Przed bramą ten sam kamień.
Pyta stróż: „Gdzieś pan był tyle lat?”
„Wędrowałem przez głupi świat”.
Więc na górę szybko po schodach.
Wchodzisz. Matka wciąż taka młoda.
Przy niej ojciec z czarnymi wąsami.
I dziadkowie. Wszyscy ci sami.
I brat, co miał okarynę.
Potem umarł na szkarlatynę.
Właśnie ojciec kiwa na matkę,
Że czas się dzielić opłatkiem,
więc wszyscy podchodzą do siebie
i serca drżą uroczyście
jak na drzewie przy liściach liście.
Jest cicho. Choinka płonie.
Na szczycie cherubin fruwa.
Na oknach pelargonie
blask świeczek złotem zasnuwa,
a z kąta, z ust brata, płynie
kolęda na okarynie:
Lulajże, Jezuniu,
moja perełko,
Lulajże, Jezuniu,
me pieścidełko.

wtorek, 15 grudnia 2015

Roma Ligocka

"Droga Romo"

Sięgam po każdą kolejną książkę Romy Ligockiej. I chociaż są one do siebie podobne w takim sensie, że nie wnoszą wiele nowego na temat życia autorki, to i tak je czytam. Jest to ciągłe rozprawianie się z przeszłością, z której wyziera lęk, samotność, smutek.
W tej książce Ligocka dokonuje próby rozrachunku z dorastającą Romą, maturzystką i studentką. To czas, kiedy odkrywa w sobie nie tylko wylęknione, wycofane dziecko, ale i własną kobiecą atrakcyjność. Pozostawiona trochę sama sobie, (bo matka wyjechała za granicę), zaczyna sama wchodzić w dorosłe życie, stykać sie z jego brutalną stroną, jak np. aborcja.
Opowiada też o swoim małżeństwie z człowiekiem, którego kochała i nie dostrzegała jego problemów z alkoholem. Pragnąc miłości i akceptacji, brnęła w związek, który wyniszczał ją. Początkowo nie chciała dostrzegać symptomów uzależnienia u męża, później sądziła, że poradzi z tym sobie, że wyciągnie męża z nałogu. Aż w końcu, jak sama mówi w jednym z wywiadów, uświadomiła sobie, że musi wreszcie zadbać o siebie, przerwać tę walkę o męża, która toczyła się kosztem jej własnego zdrowia psychicznego i fizycznego.
Z książki wyziera przejmująca samotność, brak miłości, wsparcia, głębokich więzi rodzinnych. Autorka sama mówi, że kochały się z mamą, ale okazywały to sobie w szorstki, oschły sposób. Myślę, że po różnych traumach, (a zwłaszcza Holokauście), ludziom tak trudno jest wyjść ze skorupy, w której zamknęli swoje uczucia.  I  może to banalne co teraz powiem, ale zamknięcie się w sobie, odcięcie od ciepłych uczuć osłabia człowieka, nie daje siły do dalszego życia.
W prozie Ligockiej, jak zwykle, smutek i samotność wiszą w powietrzu. Sama autorka mówi, że "lubi ten swój smutek". I to uczucie ogarnia też czytelnika, a potęgują je rysunki autorki - smutne postaci kobiet, o dużych, wystraszonych oczach. Czytając książki Romy Ligockiej, mam poczucie obcowania z osobą niezwykle kruchą, którą chciałoby się otoczyć opieką. Ale paradoksalnie, ta kruchość jest jej siłą, bo łączy się z empatią, delikatnością i szacunkiem dla uczuć drugiego człowieka.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Kapela ze wsi Warszawa


- ostatnio wsłuchuję się w ich muzykę, bo nowa płyta " Święto słońca" jest naprawdę interesująca. Swoim tytułem nawiązuje do dawnych kultów, wspólnych dla ludzkości, zanim powstały wielkie religie i podzieliły ludzi.
Ciekawy wydaje mi się powrót do pewnego rdzenia ludzkości, pierwotnej wspólnotowości. Zwłaszcza w czasach konfliktów, podziałów, gdy mówimy o imigracji, lęku przed obcymi, to taka muzyka, ponad narodami, korzenna, pozwala inaczej spojrzeć na te problemy, na rodzące się w Europie nacjonalizmy. Muzyka korzenna, poprzez odwoływanie się do pradawnych religii jest kulturowym spoiwem, które może ułatwić przełamywanie barier.
Żyjemy w świecie, w którym, na skutek globalizacji, rozwoju techniki, następuje nieuniknione przenikanie się kultur. Ale dobrze jest też znać własne korzenie i jednocześnie mieć świadomość istnienia wspólnego, pierwotnego rdzenia.

Album Święto Słońca składa się z dwóch płyt - Słońce i Księżyc. Pierwszy nawiązuje do energii dnia, witalności, a drugi odnosi się do energii nocy, wyciszenia, refleksji. Pieśni zawarte w albumie związane są ze świętem sobótkowym i mają obrzędowy charakter. Dzięki zaproszonym do nagrań gościom z Iranu, czy Indii, słychać też azjatyckie brzmienie, co ma podkreślić wspólne źródła kultury Słowian z ludami indoeuropejskimi.
Wartością  World Music jest właśnie to, że mimo na pierwszy rzut oka widocznych różnic, wydobywa elementy pokrewne i łączy ludzi ponad podziałami.
Fascynuje mnie taka organiczność i transowość muzyki korzennej, pozwalająca się przenieść w inny świat odczuć, doznań na takim pierwotnym poziomie, gdzieś na granicy z magią. Największe wrażenie robi na mnie utwór "Tarninowy ogień" - ciarki przechodzą, jak słucham.(polecam do słuchania na Spotify)
Wspaniali muzycy, którzy nadali tej płycie charakterystyczne brzmienie to Ustad Liaquat Ali Khan - mistrz sarangi, Kayhan Kalhor grający na instrumencie zwanym kamancha i wokalistka z hiszpańskiej Galicji - Mercedes Peón.
Zamknijcie oczy i dajcie się ponieść tym rytmom.



sobota, 28 listopada 2015

Listopady

Caspar David Friedrich "Pejzaż zimy"(1811 r.)
Całe życie zrywam się i padam,
jakbym w piersi miał wiatr na uwięzi,
i chwytają mnie złe listopady
czarnymi palcami gałęzi.

Ja upiłem się tym tchem, tym szumem,
niepokojem, który serce zatruł-
to dlatego śpiewać już nie umiem,
tylko wołam wołaniem wiatru,

to dlatego codziennie sie tułam
po wieczornych, po czarnych ulicach
i prowadzi mnie wilgotny trotuar
w mgłę wilgotną, która bólem nasyca.

Acetylen słów płonie na wargach,
płonie we mnie bolesna maligna,
chodzę błędny, jak ludzie w letargu,
zawsząd, zawsząd niepokój mnie wygnał


Nie ma wyjścia, nie ma wyjścia, nie ma wyjścia, 
muszę chodzić coraz dalej, coraz dłużej.
Jestem wiatr szeleszczący w liściach,
jestem liść zagubiony w wichurze.

Tylko w oczach mgła i oczy bolą,
tylko serce bije coraz częściej.
Jak błękitny płomień alkoholu,
płoniesz we mnie moje nieszczęście.

Muszę chodzić, muszę męczyć się wiecznie,
w mgłę za włosy mnie wloką wieczory,
lecą za mną, nieprzytomne, pospieszne,
moje słowa, moje upiory.

Muszę wiecznie zrywać się i padać,
jakbym w piersi miał wiatr na uwięzi.
Pochwyciły straconą radość 
nagie gałęzie.

Przelatują, wieją przeze mnie 
listopady chwil, których nie ma...

To-tylko liście jesienne.
To-pachnie ziemia.


Władysław Broniewski

poniedziałek, 9 listopada 2015

"Zima w siedlisku" Janusza Majewskiego

Wiele lat temu zaczarował mnie serial "Siedlisko". To był czas, kiedy sama marzyłam
o wyprowadzce na wieś, o starym domu, z sadem i stawem. Anna Dymna w roli Marianny Kalinowskiej  szalenie mi się podobała. Często wracałam do tego serialu na kasetach wideo:).
 Przez lata temat sielskości i ucieczek na wieś stał się dość popularny (np.Dom nad rozlewiskiem),  ale Siedlisko było dla mnie najważniejsze, bo...pierwsze ...no i aktorzy!
Niedawno przeczytałam książkę "Siedlisko", które już mnie nieco rozczarowało. Zupełnie nie mogłam odnależć klimatu, który tak podobał mi sie w filmie. Dialogi drętwe, postaci bez wyrazu. Teraz "zmęczyłam" "Zimę w siedlisku". Oj, cieniutko. Zupełnie brak pomysłu. Ta książka może miała być sposobem na zamknięcie rozdziału życia po śmierci żony Janusza Majewskiego - Zofii Nasierowskiej. Dlatego nie chcę krytykować książki przez szacunek do prywatnych problemów, przelanych na papier.
Kierowana żalem i rozczarowaniem po lekturze, wróciłam do serialu:)
I co? Nadal robi mi się ciepło na sercu, gdy go oglądam:) Serwuję sobie po jednym odcinku, w łózku przed zaśnięciem, dzięki czemu mam błogie sny:)
Po latach uderzyło mnie, jak bardzo zmieniło się życie przez ten czas, który minął od produkcji filmu (1998 r.) Wydaje mi się, że to tak niedawno, a jednak żyjemy już w innym świecie. W czasach gdy każdy ma komórkę, internet i stałą łączność ze światem, problemy bohaterów z wiecznie psującym się telefonem, czy zamawianie międzymiastowej do Warszawy, wydaje się już prehistorią:)
W ogóle widać na przykładzie tego serialu, jak bardzo zmienił sie nasz kraj, problemy, poglądy, styl życia. I  najważniejsze - nie ma lokowania produktów, co teraz jest nagminne i tak nachalne, że zniechęca mnie do oglądania. W obecnych serialach to czasem nie wiadomo, czy to jest lokowanie produktu w serialu, czy lokowanie seialu w reklamie produktu:)
Janusz Majewski wyczarował zdjęciami piękny świat, niemal każdy kadr to jak obraz, namalowany ręką mistrza. Niestety, słowami mnie nie zaczarował.


sobota, 31 października 2015

Ja Halloween

obchodzę co roku tak samo, czyli oglądam "Lawę" Konwickiego:)
I niezmiennie wzruszam się, zwłaszcza przy Wielkiej Improwizacji. Wiem, wiem, że Mesjanizm Polski to temat nieaktualny, wręcz śmieszny. Ale od czasu do czasu gdzieś w duszy "gra" mi ten Mickiewicz na czułej strunie... . Gdy słucham Gustawa Holoubka to mam gęsią skórkę i łzy w oczach. Taka już ze mnie sentymentalistka.
Po raz kolejny podziwiam popis aktorski jego monologu w Improwizacji.

...
Czym jest me czucie?
Ach, iskrą tylko!
Czym jest me życie?
Jedną chwilką!
...
Z czego wychodzi cały człowiek, mały światek?
Z iskry tylko.
Czym jest śmierć, co rozprószy myśli mych dostatek?
Jedną chwilką.


środa, 21 października 2015

"Imagine" w reżyserii Andrzeja Jakimowskiego

to obraz, który może ocieplić nam dzień w tą paskudną, październikową pogodę.

Jest to film o niewidomym mężczyźnie, który do poruszania się wykorzystuje zjawisko echolokacji, nie używając laski. Udaje mu się to z różnym skutkiem, o czym świadczy jego pokaleczona twarz. Niemniej chce tej sztuki nauczyć innych niewidomych, przebywających w prywatnym ośrodku. Chce im dać poczucie niezależności i wiary w siebie. Jego kontrowersyjne metody budzą wiele zastrzeżeń wśród personelu,  wywołują nieufność i podejrzliwość u pensjonariuszy.

Film poetycki, magiczny. Uświadamia jak dużo tracimy, gdy spostrzegamy świat za pomocą wzroku. Żyjemy nie zauważając  ważnych rzeczy, które wzbogaciłyby nas gdybyśmy używali innych zmysłow. Tępiejemy, obojętniejemy na otaczający nas świat, umykają nam sprawy, może błahe, ale jednak nadające jakiś sens i smak życiu. Gdy odbieramy świat wzrokiem, to na plan drugi schodzą inne zmysły. A doznania dźwięków, zapachów, niezwykle wzbogacają świat, uwrażliwiają na inne strony rzeczywistości.
Urzekła mnie subtelność w pokazaniu problemu, magia, poetyckość. Zapewne to wyidealizowany obraz problemów ludzi niewidomych, rzeczywistość nie jest tak piękna. Ale po to istnieją artyści i sztuka, by trudne życie trochę ocieplić, pokazać inny wymiar, a nie tylko w ponury sposób zgłębiać dramat ludzkiej egzystencji.
 Zbliżenia kamery na twarze, na oczy bohaterów, spowodowały, że czułam jak wchodzę w ich skórę. Przyglądanie się z bliska niewidzącym oczom bohaterów, uruchamiało  we mnie empatię, głębsze zrozumienie ich świata, uczuć...

Piękna Lizbona, wąskie uliczki, słynne tramwaje, cudo, magia!
Jest to film o pokonywaniu  lęków, ograniczeń, film o odwadze by wyjść ze skorupy własnych problemów, zahamowań i spotkać się z drugim człowiekiem. Może naiwne, ale przecież najczęściej ocieramy się o "banały", bo z tego składa się nasze życie.

wtorek, 20 października 2015

Mało czasu

na pisanie notatek. Czas przecieka mi przez palce. Ciągle jest coś do zrobienia, a ja nie umiem wprowadzić sobie dyscypliny.

Czytam Księgi Jakubowe Olgi Tokarczuk. Czy nagroda Nike zasłużona? Nie wiem. Książka na pewno bardzo dokładnie, drobiazgowo napisana. Widać, że autorka włożyła w pisanie ogrom pracy. Ale nie mogę się jakoś wciągnąć w fabułę. Może dlatego, że czytam z doskoku, trudno mi wejść w klimat.
Z zainteresowaniem śledzę też awanturę w sieci, którą rozpętała wypowiedź Olgi Tokarczuk na temat Polaków. Myślę, że jest w necie zorganizowana grupa hejterów, która uaktywnia się w takich sytuacjach, jakby sterowana przez kogoś. Tak, jak było w przypadku Idy, Pokłosia, książek Grossa. A ja chciałabym, żeby Internet stał się forum dla rzeczowej wymiany myśli, poglądów. Chciałabym przeczytać zdanie historyków na temat kolonializmu czy niewolnictwa w Polsce, bo te kwestie nie były jeszcze szeroko na płaszczyźnie społecznej rozpatrywane. Temat pogromów Żydów jest mi bardziej znany, można sporo  informacji na ten temat znaleźć. Ale niewolnictwo? Wygooglowałam sobie coś o niewolnikach Murzynach, nawet na dworach biskupich, ale to raczej pojedyncze przypadki. W sumie to pańszczyzna, przywiązanie chłopa do ziemi, też było formą niewolnictwa. Czy o to chodziło Oldze Tokarczuk?
Kolonializm? Ciekawy temat, czyżby w kontekście Ukrainy?
Od lat cenię sobie jej pisarstwo i uważam, że jej wypowiedź zasługuje na profesjonalną dyskusję, a nie rozważania o hejcie w polskim necie.


I jeszcze mały cytat z Ksiąg Jakubowych:

“Moja dusza nie pozwoli się zamknąć w więzieniu, w klatce z żelaza czy w klatce z powietrza. Moja dusza chce być jak statek na niebie i granice ciała nie mogą jej zatrzymać. I żadne mury jej nie uwiężą: ani te, które zbudowano ludzkimi rękami, ani mury grzeczności, ani mury uprzejmości czy dobrego wychowania. Nie pochwycą jej szumne przemowy, granice królestw, wysokie urodzenie – Nic. Dusza przelatuje nad tym wszystkim z wielką łatwością, jest ponad tym, co mieści się w słowach, i poza tym, co się w ogóle w słowach nie mieści. Jest poza przyjemnością i poza lękiem. Przekracza tak samo to, co piękne i wzniosłe, jak i to, co podłe i straszne. Pomóż mi, dobry Boże, i spraw, by mnie życie nie raniło. Daj mi zdolność mówienia, daj mi język i słowa, a wtedy wypowiem prawdę o Tobie.”

"Carte blanche" Jacka Lusińskiego

Historia nauczyciela z lubelskiego liceum, który traci wzrok wydaje się być stworzona na scenariusz filmu. I choć film dobrze zrobiony, C...